czwartek, 5 lutego 2015

Rozdział 1 "Albus Dumbledore"

Tak, wiem że nawaliłam na całej linii. To dopiero pierwszy rozdział. Na dodatek krótki. Mam nadzieję, że następne będą coraz dłuższe, ale w końcu od czegoś trzeba zacząć co nie? W każdym bądź razie, jeśli ktoś natrafił na moje wypociny, to niech poświęci pięć minut, przeczyta i skomentuje. Byłabym wdzięczna :)
Pozdrawiam. 
---
            Na dworze świeciło słońce, a wokół roznosił się delikatny śpiew ptaków, wymieszany ze słodkim śmiechem, prawie jedenastoletniej dziewczynki. Śliczna, brązowooka istotka, siedziała w rogu ogrodu. Wokół niej rosły piękne, czerwone róże, na które co rusz spoglądała. Jej niegdyś szmaragdowa sukieneczka, teraz była w połowie brązowa, od ziemi. Jednak jej to nie przeszkadzało. Czytała książkę, którą wczoraj dostała od babci. Jej niekontrolowane napady śmiechu, wywoływane przez zabawne wydarzenia opisywane w opowiadaniu, kwitowane były delikatnym uśmiechem, siedzącej na tarasie, mamy.
            W garażu słychać było pobrzękiwanie narzędzi, przesuwanych i używanych przez pana Domu. Spokój i błoga atmosfera, już od dziesięciu lat, panowały w domu Grangerów.
            W tak wspaniały dzień, żadne z nich nie spodziewało się gościa. Jakże duże było ich zdziwienie, gdy nieznajomy mężczyzna pojawił się przed ich domem. Jean z nieufnością przyglądała się mężczyźnie z długą, srebrzystą brodą. Jego morska szata idealnie współgrała z błękitnymi oczami, patrzącymi radośnie na mieszkańców domu numer pięć w dzielnicy Vellemor, w zachodniej części Londynu.
            - Witam – rzekł radośnie, a ogniki kryjące się w jego oczach, rozjarzyły się ponownie.
            - Dzień dobry. Co tu pana sprowadza, jeśli mogę wiedzieć? – spytała podejrzliwie Jean. Wiadome było bowiem, iż ta kobieta, nie ufa nikomu.
            Perry doskonale pamiętał, jak zaraz po wprowadzeniu się, zainwestowała w dziesiątki zamków w drzwiach, oknach oraz w bramie wyjazdowej. Nawet w czasie budowy domu, zażądała, by posesje ogradzał wysoki, betonowy mór. Pod nim zasadzili najbardziej kłujące krzewy, jakie tylko znaleźli.
            Mąż po cichu śmiał się z paranoi żony. Jednak, gdy jedna z sąsiadek przyszła się przywitać, a jego ukochana groziła jej wezwaniem policji oraz poszczuła ją psem, którego kupiła (na szczęście wytrzymała z nim tylko miesiąc po czym sfrustrowana oddała z powrotem), poczuł ogromny wstyd. A lęki żony, przez te wszystkie lata zmalały tylko trochę. Jednak, póki Hermiona czaiła się gdzieś w pobliżu, wszystko zdawało się być normalne.
            - Może wejdziemy do środka? Wiek już nie ten, a na dworze słońce, jeśli wie pan o co chodzi – powiedział i mrugnął w stronę Perry’ego, a jego wzrok wydawał się badać jego duszę.
            Jean chciała się przeciwstawić, jednak mąż otworzył drzwi, a Mionka radośnie wbiegła do domu, wskazując mężczyźnie drogę do salonu. Po kilku sekundach, również państwo Granger dotarli na miejsce.
            Panele z jasnego drewna, delikatnie skrzypiały informując wszystkich, w którym miejscu aktualnie stoi mężczyzna. Ten jednak nie zaszczycił spojrzeniem ani pięknej kanapy z białej skóry, ani idealnie zdobionej szafeczki, na której stał najlepszy jak na te czasy telewizor. Jednak cały czas uśmiechał się w stronę małej radosnej dziewczynki, która grzecznie powiedziała żeby usiadł w jej ulubionym fotelu.
            Gdy wszyscy się usadowili, odezwała się pani domu.
            - Kim pan jest? – spytała, nawet nie ukrywając nie chęci w głosie.
            - Kochanie – upomniał ją delikatnie mąż
            - Spokojnie – powiedział mężczyzna wciąż nie tracąc swojego uśmiechu – nie dziwie, się Jean. Bądź co bądź jestem zupełnie obcym człowiekiem. No ale, miałem się przedstawić. Jestem Albus Dumbledore.
            - Przepraszam panie Dumbledore, ale…
            - Och, Perry, wystarczy Albus – mrugnął do mężczyzny, po czym ponownie spojrzał na śmiejącą się dziewczynkę.
            - Tak… Albusie. Właściwie, to jaki cel ma twoja wizyta?
            - Na początku, zapewne cytrynowe dropsy. W tych stronach są najlepsze jakie dotąd jadłem. Lecz jeśli chodzi o wizytę w tym domu – urwał rozglądając się po pomieszczeniu i zatrzymując wzrok na dziewczynce z burzą brązowych włosów i bystrymi oczami które się w niego wpatrywały – przyszedłem do Hermiony
            - Czego pan chce od naszej córki?! – krzyknęła Jean mocno obejmując córkę
            - Mamo! – sprzeciwiła się dziewczynka a jej oczy zaświeciły.
            - Spokojnie. Mam dla niej list. Jednak z pewnych powodów, jestem zobowiązany wręczyć go osobiście – powiedziawszy to wyjął list, zgrabnie zapieczętowany i podpisany cienkim pochyłym pismem.
            Delikatne rączki, wprawione w posługiwanie się wszelkimi rodzajami papieru i pisma, zgrabnie otworzyły i rozłożyły list. Mądre oczka z zapałem i wielkim blaskiem czytały pierwsze linijki listu. Jednak z każdym kolejnym słowem, blask znikał.
            - Bardzo Pana przepraszam – powiedziała ze skruchą – ale to nie może być do mnie.
            - Cóż, Hermiono. Dlatego przyszedłem. I ja, Albus Percival Wulfryk Brian Dumbledore oznajmiam, że zostałaś przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart.
            - NIE! – krzyknęła nagle Jean odsuwając od siebie córkę – ONA NIGDY TAM NIE POJEDZIE!
            - Jean uspokój się. Przepraszam pana bardzo, ale żona jest wrażliwa i chyba to nie jest dobry moment na kawały. Zwłaszcza w pana wieku, no naprawdę.
            - NIE USPOKOJE SIĘ! MA SIĘ PAN NATYCHMIAST WYNOSIĆ Z MOJEGO DOMU!
            - Jean, dobrze wiesz, że Hermiona musi tam pojechać. Jako Czarownica..
            - ONA NIE JEST ŻADNĄ CZAROWNICĄ, ROZUMIESZ?!
            - Ona musi się uczyć. Bo przestanie panować nad swoją mocą.
            - Ona nie ma żadnych mocy, jasne? WYNOŚ SIĘ!
            - Widzę że teraz nic nie zdziałam – westchnął mężczyzna – wrócę tu za tydzień – powiedział i nie czekając na odpowiedź, wyjął zgrabny kawałek drewna, po czym machnął nim krótko i… zniknął.


            I tak, aż do pierwszego września, Albus Dumbledore co piątek aportował się pod domem Grangerów, jednak jego wysiłki spełzały na niczym. Nic również nie dawały tony listów jakie wysyłał do Hermiony, Perry’ego ani do Jean.
            Hermiona już zaczynała się przyzwyczajać do co tygodniowych wizyt mężczyzny. Czasem udało jej się wymienić z nim kartką na której zadawała mu pytania, lub odpowiadała na jego. Ciągłe rozczarowania i zakazy stały się codziennością. Pierwszego września, poszła do gimnazjum prywatnego dla wybitnie uzdolnionych.
            Jean nikomu nie odpowiadała na pytania, czemu tak gwałtownie zareagowała na tego mężczyznę. Jednak on nie odpuścił. Uparty, co tydzień pojawiał się przed domem Grangerów. Czasem gdy Jean akurat nie było w domu, udało mu się przeprowadzić krótką rozmowę z Perrym albo Hermioną. Jednak wciąż nic nie osiągnął.
            Dziewczyna co wieczór pukała do pokoju matki by móc, choć spróbować ją nakłonić, nawet do krótkiej rozmowy z panem Dumbim jak zaczęła go zgrabnie nazywać. Jednak jej matka była nie ugięta. W końcu rzuciła pracę i całymi dniami siedziała zamknięta w pokoju, nasłuchując i wyglądając przez okno czy aby Albus Dumbledore, znów się nie pojawił. Każdy piątek spędzała na krześle przed domem czytając książkę i czekając na jego wizytę.

*  *  *  *  *  *

- Nie wiem co mam robić Minerwo. Próbowałem już wszystkiego. Rok szkolny dobiega końca a ona nadal jest nieugięta.
- Zawsze taka była. I dobrze o tym wiesz.
- Tak. Szkoda że nie była po naszej stronie gdy Voldemort był najsilniejszy.
- Masz rację. Ale zapłaciła za swoje czyny. Axel zdołał uciec, założył nową rodzinę.
- Ale on również pozostał po złej stornie. Obawiam się, że nawet jeśli Hermiona będzie się uczyć, jeśli opanuje i rozwinie moce, to pójdzie w ślad za rodzicami. Może i nie wie kto jest jej prawdziwym ojcem. Ale kiedyś się dowie. I znienawidzi nas za to, że jej nie powiedzieliśmy.
- Czemu więc jej nie powiesz? – spytała się kobieta w szmaragdowej szacie i okularach z szarymi oprawkami
- Nie mogę. Może i Jean straciła większość swojej mocy, ale nadal coś jej pozostało. I nadal jest szanowana wśród dawnych przyjaciół.
- Więc czego do cholery chcesz, Albusie? – odezwał się zimny głos mężczyzny stojącego w rogu. Miał on czarne oczy, ze złością wpatrujące się w dwójkę postaci siedzących w fotelach.
- Żeby przyszła tu. Nauczyła się wszystkiego co dobre. I została po naszej stronie, Severusie.

- Pragniesz niemożliwego. Ale zrobię wszystko co w mojej mocy by ją tu sprowadzić – powiedział i wyszedł powiewając swoimi obszernymi czarnymi szatami. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz