Tak, wiem że nawaliłam na całej linii. To dopiero pierwszy rozdział. Na dodatek krótki. Mam nadzieję, że następne będą coraz dłuższe, ale w końcu od czegoś trzeba zacząć co nie? W każdym bądź razie, jeśli ktoś natrafił na moje wypociny, to niech poświęci pięć minut, przeczyta i skomentuje. Byłabym wdzięczna :)
Pozdrawiam.
---
Na
dworze świeciło słońce, a wokół roznosił się delikatny śpiew ptaków, wymieszany
ze słodkim śmiechem, prawie jedenastoletniej dziewczynki. Śliczna, brązowooka
istotka, siedziała w rogu ogrodu. Wokół niej rosły piękne, czerwone róże, na
które co rusz spoglądała. Jej niegdyś szmaragdowa sukieneczka, teraz była w
połowie brązowa, od ziemi. Jednak jej to nie przeszkadzało. Czytała książkę,
którą wczoraj dostała od babci. Jej niekontrolowane napady śmiechu, wywoływane
przez zabawne wydarzenia opisywane w opowiadaniu, kwitowane były delikatnym
uśmiechem, siedzącej na tarasie, mamy.
W
garażu słychać było pobrzękiwanie narzędzi, przesuwanych i używanych przez pana
Domu. Spokój i błoga atmosfera, już od dziesięciu lat, panowały w domu
Grangerów.
W tak
wspaniały dzień, żadne z nich nie spodziewało się gościa. Jakże duże było ich
zdziwienie, gdy nieznajomy mężczyzna pojawił się przed ich domem. Jean z
nieufnością przyglądała się mężczyźnie z długą, srebrzystą brodą. Jego morska
szata idealnie współgrała z błękitnymi oczami, patrzącymi radośnie na
mieszkańców domu numer pięć w dzielnicy Vellemor, w zachodniej części Londynu.
-
Witam – rzekł radośnie, a ogniki kryjące się w jego oczach, rozjarzyły się
ponownie.
-
Dzień dobry. Co tu pana sprowadza, jeśli mogę wiedzieć? – spytała podejrzliwie
Jean. Wiadome było bowiem, iż ta kobieta, nie ufa nikomu.
Perry
doskonale pamiętał, jak zaraz po wprowadzeniu się, zainwestowała w dziesiątki
zamków w drzwiach, oknach oraz w bramie wyjazdowej. Nawet w czasie budowy domu,
zażądała, by posesje ogradzał wysoki, betonowy mór. Pod nim zasadzili najbardziej
kłujące krzewy, jakie tylko znaleźli.
Mąż
po cichu śmiał się z paranoi żony. Jednak, gdy jedna z sąsiadek przyszła się
przywitać, a jego ukochana groziła jej wezwaniem policji oraz poszczuła ją
psem, którego kupiła (na szczęście wytrzymała z nim tylko miesiąc po czym
sfrustrowana oddała z powrotem), poczuł ogromny wstyd. A lęki żony, przez te
wszystkie lata zmalały tylko trochę. Jednak, póki Hermiona czaiła się gdzieś w
pobliżu, wszystko zdawało się być normalne.
-
Może wejdziemy do środka? Wiek już nie ten, a na dworze słońce, jeśli wie pan o
co chodzi – powiedział i mrugnął w stronę Perry’ego, a jego wzrok wydawał się
badać jego duszę.
Jean
chciała się przeciwstawić, jednak mąż otworzył drzwi, a Mionka radośnie wbiegła
do domu, wskazując mężczyźnie drogę do salonu. Po kilku sekundach, również
państwo Granger dotarli na miejsce.
Panele
z jasnego drewna, delikatnie skrzypiały informując wszystkich, w którym miejscu
aktualnie stoi mężczyzna. Ten jednak nie zaszczycił spojrzeniem ani pięknej
kanapy z białej skóry, ani idealnie zdobionej szafeczki, na której stał najlepszy
jak na te czasy telewizor. Jednak cały czas uśmiechał się w stronę małej
radosnej dziewczynki, która grzecznie powiedziała żeby usiadł w jej ulubionym
fotelu.
Gdy
wszyscy się usadowili, odezwała się pani domu.
- Kim
pan jest? – spytała, nawet nie ukrywając nie chęci w głosie.
-
Kochanie – upomniał ją delikatnie mąż
-
Spokojnie – powiedział mężczyzna wciąż nie tracąc swojego uśmiechu – nie dziwie,
się Jean. Bądź co bądź jestem zupełnie obcym człowiekiem. No ale, miałem się
przedstawić. Jestem Albus Dumbledore.
-
Przepraszam panie Dumbledore, ale…
-
Och, Perry, wystarczy Albus – mrugnął do mężczyzny, po czym ponownie spojrzał
na śmiejącą się dziewczynkę.
- Tak…
Albusie. Właściwie, to jaki cel ma twoja wizyta?
- Na
początku, zapewne cytrynowe dropsy. W tych stronach są najlepsze jakie dotąd
jadłem. Lecz jeśli chodzi o wizytę w tym domu – urwał rozglądając się po
pomieszczeniu i zatrzymując wzrok na dziewczynce z burzą brązowych włosów i bystrymi
oczami które się w niego wpatrywały – przyszedłem do Hermiony
-
Czego pan chce od naszej córki?! – krzyknęła Jean mocno obejmując córkę
-
Mamo! – sprzeciwiła się dziewczynka a jej oczy zaświeciły.
-
Spokojnie. Mam dla niej list. Jednak z pewnych powodów, jestem zobowiązany
wręczyć go osobiście – powiedziawszy to wyjął list, zgrabnie zapieczętowany i
podpisany cienkim pochyłym pismem.
Delikatne
rączki, wprawione w posługiwanie się wszelkimi rodzajami papieru i pisma,
zgrabnie otworzyły i rozłożyły list. Mądre oczka z zapałem i wielkim blaskiem
czytały pierwsze linijki listu. Jednak z każdym kolejnym słowem, blask znikał.
-
Bardzo Pana przepraszam – powiedziała ze skruchą – ale to nie może być do mnie.
-
Cóż, Hermiono. Dlatego przyszedłem. I ja, Albus Percival Wulfryk Brian
Dumbledore oznajmiam, że zostałaś przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa
Hogwart.
-
NIE! – krzyknęła nagle Jean odsuwając od siebie córkę – ONA NIGDY TAM NIE
POJEDZIE!
-
Jean uspokój się. Przepraszam pana bardzo, ale żona jest wrażliwa i chyba to
nie jest dobry moment na kawały. Zwłaszcza w pana wieku, no naprawdę.
- NIE
USPOKOJE SIĘ! MA SIĘ PAN NATYCHMIAST WYNOSIĆ Z MOJEGO DOMU!
-
Jean, dobrze wiesz, że Hermiona musi tam pojechać. Jako Czarownica..
- ONA
NIE JEST ŻADNĄ CZAROWNICĄ, ROZUMIESZ?!
- Ona
musi się uczyć. Bo przestanie panować nad swoją mocą.
- Ona
nie ma żadnych mocy, jasne? WYNOŚ SIĘ!
-
Widzę że teraz nic nie zdziałam – westchnął mężczyzna – wrócę tu za tydzień –
powiedział i nie czekając na odpowiedź, wyjął zgrabny kawałek drewna, po czym
machnął nim krótko i… zniknął.
I
tak, aż do pierwszego września, Albus Dumbledore co piątek aportował się pod
domem Grangerów, jednak jego wysiłki spełzały na niczym. Nic również nie dawały
tony listów jakie wysyłał do Hermiony, Perry’ego ani do Jean.
Hermiona
już zaczynała się przyzwyczajać do co tygodniowych wizyt mężczyzny. Czasem
udało jej się wymienić z nim kartką na której zadawała mu pytania, lub
odpowiadała na jego. Ciągłe rozczarowania i zakazy stały się codziennością.
Pierwszego września, poszła do gimnazjum prywatnego dla wybitnie uzdolnionych.
Jean
nikomu nie odpowiadała na pytania, czemu tak gwałtownie zareagowała na tego
mężczyznę. Jednak on nie odpuścił. Uparty, co tydzień pojawiał się przed domem
Grangerów. Czasem gdy Jean akurat nie było w domu, udało mu się przeprowadzić
krótką rozmowę z Perrym albo Hermioną. Jednak wciąż nic nie osiągnął.
Dziewczyna
co wieczór pukała do pokoju matki by móc, choć spróbować ją nakłonić, nawet do
krótkiej rozmowy z panem Dumbim jak zaczęła go zgrabnie nazywać. Jednak jej
matka była nie ugięta. W końcu rzuciła pracę i całymi dniami siedziała
zamknięta w pokoju, nasłuchując i wyglądając przez okno czy aby Albus
Dumbledore, znów się nie pojawił. Każdy piątek spędzała na krześle przed domem
czytając książkę i czekając na jego wizytę.
* * * * * *
- Nie wiem co mam robić Minerwo.
Próbowałem już wszystkiego. Rok szkolny dobiega końca a ona nadal jest nieugięta.
- Zawsze taka była. I dobrze o tym
wiesz.
- Tak. Szkoda że nie była po naszej
stronie gdy Voldemort był najsilniejszy.
- Masz rację. Ale zapłaciła za
swoje czyny. Axel zdołał uciec, założył nową rodzinę.
- Ale on również pozostał po złej
stornie. Obawiam się, że nawet jeśli Hermiona będzie się uczyć, jeśli opanuje i
rozwinie moce, to pójdzie w ślad za rodzicami. Może i nie wie kto jest jej
prawdziwym ojcem. Ale kiedyś się dowie. I znienawidzi nas za to, że jej nie
powiedzieliśmy.
- Czemu więc jej nie powiesz? –
spytała się kobieta w szmaragdowej szacie i okularach z szarymi oprawkami
- Nie mogę. Może i Jean straciła
większość swojej mocy, ale nadal coś jej pozostało. I nadal jest szanowana wśród
dawnych przyjaciół.
- Więc czego do cholery chcesz,
Albusie? – odezwał się zimny głos mężczyzny stojącego w rogu. Miał on czarne
oczy, ze złością wpatrujące się w dwójkę postaci siedzących w fotelach.
- Żeby przyszła tu. Nauczyła się
wszystkiego co dobre. I została po naszej stronie, Severusie.
- Pragniesz niemożliwego. Ale
zrobię wszystko co w mojej mocy by ją tu sprowadzić – powiedział i wyszedł
powiewając swoimi obszernymi czarnymi szatami.